01. Dzień, w którym to wraca
Cierpiałem znów mocno, zdążyłem zapomnieć
Zdążyłem zapomnieć o swoich korzeniach
O przyczynach tego, że chciałem umierać
Myślałem, że znikło, lecz nic się nie zmienia
Kroczyłem już pewniej, szukałem już drogi
Zamknąłem za sobą ciężkie drzwi przeszłości
Lecz odpoczywając doznałem ataku
Przyszła do mnie wiedza, że nie ma litości
Dlaczego to zawsze musiałem być ja?
Cierpię długie lata, czas swój zmarnowałem
Na płacz, łzy, blizny i rany
Chciałem lepsze życie, lecz go nie dostanę
Nic sam nie rozumiem, nic sam nie pojmuję
Choć jedno już wiem, słaby ze mnie człowiek
Bo mimo że walczy, mimo że próbuje
To życie nie pozwala mu zmrużyć powiek
02. Cztery ściany
Wybacz mi proszę, że znów się widzimy
Wybacz, że wchodzę w twoje cztery ściany
Izolacja już przestaje pomagać
W tym martwym punkcie siedzę załamany
Zimne, szare noce mnie dotknęły za bardzo
Aż wstyd znowu błagać o pomocną rękę
Wybacz, że piszę, że mówię, że krzyczę
Prezent na święta, widzę w pudle pętlę
Szukam bliskości, lecz ta mnie znów rani
I pokazuje, że jestem nic niewart
Nie chce was ranić, zabierać czasu
Więcej szans nie ma, już mamy swe karty
Spaliłem te zdjęcia, spaliłem wspomnienia
Reset doszedł zera, lecz cel nie ma zmiany
Zrozumieć siebie, chociaż w tej połowie
Zostałem sam, i te cztery ściany
03. Jak to działa?
Mechanizm, którego nigdy nie zrozumiem
Bo każdy wie lepiej, bo każdy zna drogę
Dobrze więc, pójdę poszukać gdzieś siebie
O koło zębate potykam swą nogę
Umysł niemożliwy, nakazał mi cierpieć
Choć jego imienia nigdy sam nie poznam
Nie będę już więcej marnował zasobów
Przez system, ma dusza stanowi pustostan
Czy całe to mityczne szczęście istnieje?
Ten stan, te chwile, mówią, że to chemia
Wędruje wciąż w koło, aż padam na ziemię
Pozycję więc zmienię, zamieszkam w podziemiach
Co świt coś się rodzi, a inne umiera
Głowy znów pękają od nowych analiz
Usłyszcie mój chichot, dzisiaj ja wiem lepiej
Bo właśnie poznałem jak działa mechanizm