01. Bełt

W natarciu i szarży pozbawiony uczuć

Wraz z braćmi próbując napsuć krwi wrogom

Lodowate serca pragnące miłości

Dziś stąpają pełną krwi i krzyku drogą

 

Pamiętam jej łezki opuszczając ojczyznę

Ta wiedza, te myśli, już jej nigdy nie zobaczę

Powoduje we mnie emocje, tak bardzo silne

Że oczy me zalewają się płaczem

 

Czas na atak, do boju, nic do stracenia

Choć przyznam, nie mam już sił by się wspinać

Ma dusza jak pustostan, niczego tam nie ma

Ma żądza krwi każe mi tylko wygrywać

 

Nagle, jak nigdy dotąd, ból czuję straszliwy

Bełt kuszy przebił mój pancerz nicości

Choć szereg niektórych słów jest bardziej dotkliwy

Zaraz się okaże, że ból przejdzie kości

 

Ukazała swą twarz, to ona? Naprawdę to ona?

Dla niej i przyjąłbym tysiąc takich ran

Patrząc na nią ma dusza utopiona

Znalazła swe miejsce, i czuje się rad

 

Oh, dla ciebie wyjmę bełt i znów go włożę

Twe włosy, oczy, tracę grunt pod nogami

Dla ciebie przepłynąłbym i całe morze

I dałbym się zabić, by poczuć twój dotyk

 

Straciłem już wszystko, priorytety, wartości

Niby taki silny, ledwo co był w szarży

Lecz gdyby nie ona, bez niej, bez miłości

Prawdopodobnie życie zmiotło by go z planszy

02. Rozkwit

Ciernie raniące głęboko skórę

Kolce zostawiające cięte rany

Zostałeś sam, nikt nie stoi za Tobą murem

Ty stoisz zamknięty wraz z sufitem szklanym

 

Czekasz na rozkwit, luźniejsze łańcuchy

Czekasz na koniec i spokojną głowę

I czekasz i czekasz na jej słodki uśmiech

Żyjąc w ciągłym strachu chowasz się do nory

 

Jak dzieci we mgle, lub we mgle dorośli

Znów wijesz się z bólu czekając na litość

Ślepo wciąż wierzysz w rozkwit miłości

Te ciernie to ludzie, jakość, nie ilość

03. Notes

Moje notatki zamarzły, ja poczułem ukłucie

To jej wina, ona obok przeszła dotykając skóry

Jej dotyk jak zimny metal daje mi poczucie

Że ja jestem nikim, a ona przenosi góry

 

Wpadłem w pułapkę, prosto w jej szpony

Faszeruje mnie chemią i każe ją kochać

W jej sztucznych łzach ja znowu utopiony

Czekając na tej jedynej ramiona

 

Wydziera z mej skóry swoje inicjały

Ja próbuję uciec zalewając się potem

Zamyka mnie w klatce gdzie są cztery ściany

Jedyne co mi zostało to mój notes

04. Palone fotografie

To boli, i wiem że boleć nie przestanie

Bo robiłem wszystko co mogłem, zaufaj

Wiatr muska rzucone w ogień fotografie

Wciąż widzę jej uśmiech, od ucha do ucha

 

Od krzyku i płaczu siadają już struny

Spłonęły już wszystkie, zostało mi jedno

Jej oczy jak brylant, błyszczą przepięknie

Me błędy i potknięcia trafiają w sedno

 

Wezmę ten ogień i ocieple ręce

Tak jak ty ocieplałaś moje cienie

Wezmę ten ogień i wypalę me serce

Tak by raz na zawsze zapomnieć ciebie

 

Podobno wspomnienia żyją tu na zawsze

Lecz ja czuję że coś we mnie umarło

Kłamałem, żadnych jej zdjęć nie spaliłem

Bo mają dla mnie zbyt wysoką wartość

05. Ostatni wiersz

Zapiszę tak wiele, abyście wiedzieli

Chociaż mego środka i tak nie poznacie

Poznaj mój świat zapłakanych pościeli

Ciemna krew, a w kącie ciemne postacie

 

Mam już dość tych kłótni za mymi drzwiami

Mam już dość nadziei, po których znów płaczę

Podobno najgorsze już dawno za nami

Ostatnie symbole na ścianie znów znaczę

 

Znienawidź mnie, bo wiem, że jestem nic nie wart

Znienawidź mnie, tylko ranię i rozwalam

Znienawidź mnie, siedzę i myśli swe zbieram

Wyjdź już z mojej głowy, wyjdź już z mojej głowy

 

Blizny się goją, lecz głowa bez zmiany

Coraz bardziej krwawi tak samo jak dusza

Bo kto mnie rozumie, tylko cztery ściany

Serce bez miłości, jedynie tam susza

06. Pacynka

Ciągną za sznury, dyktują tempo

Ciągną łańcuchy, lecz te są grube

Myśli się palą jak najsuchsze drewno

Wspomnienia trafiają w tę pustą lukę

 

Wspominasz, nie wierzysz jak szybko to poszło

Jak szybko, dokładnie założyli sznury

Próbujesz żałować, że byłeś posłuszny

Lecz one od razu szybują do góry

 

Niewolnik umysłu, ukryta pułapka

Już sam nie wiesz jak bardzo mocno cię trzyma

Błagasz w tej ciszy by ktoś cię stąd zabrał

Teraz chwila przerwy, puściła lina

 

I tak non stop, non stop, tak to wygląda

Zostałeś pacynką własnego umysłu

Nawet za kurtyną deszczowa pogoda

Powoli przestajesz znów używać zmysłów

07. Słomiany zapał

Pali się, pali się słomiany zapał

Byłeś na szczycie, lecz niestety spadłeś

Byłeś na szczycie, lecz nikt cię nie złapał

Szczerze? Marne na powrót twe szanse

 

A czemu? No tak, zapał słomiany

Szukasz, planujesz, wielkie twe czyny

W swych myślach, planach jesteś zakochany

Lecz bez żadnych skutków - poczucie winy

 

Bo to bez sensu, bo to nie dla mnie

Ledwo zacząłeś i już chęci nie ma

A plany były tak świetne i tajne

Że mógłbyś je pewnie zakopać w podziemiach

 

Odpocznij trochę, odpuść na chwilę

Zaciągnij się dymem, papierosa zapal

Widzisz nowy pomysł? Najwyższy czas rzucić?

Lecz tego nie zrobisz, znów słomiany zapał

08. Piachem w oczy

Gwiazdy tak piękne widnieją w jej oczach

Złociste jak piasek na nagrzanej plaży

Lecz mało kto czuje, że coś tutaj nie gra

Za chwilę oślepniesz, i to nie od marzeń

 

Często tak bywa, że piękno to atut

Lecz co jeśli jest on jeden, jedyny?

Jak kropla zalety w oceanie śmierci

Oślepia ich widok, i ich pyszne miny

 

I znów piachem w oczy, jak wicher, tornado

Kłamstwa i brednie wprawiają w ślepotę

Nie widzisz już nic, i nie chcesz widzieć więcej

Bo dobrze wiesz co i tak stanie się potem

 

Teraz już wiesz, nie ma wszędzie złota

Choć bez sprawnych oczu i tak go nie znajdziesz

Po burzy piaskowej lokalna ślepota

Bo żywisz się na co dzień jedynie kłamstwem

09. Gwiazdy

Kupiłem dziś kilka gwiazd do mej kolekcji

Lecz nie ma w niej Ciebie, cóż za wielka szkoda

Nie żeby coś, lecz daję się zjadać presji

Zamiast gdzieś w oddali pływać w obłokach

 

Me gwiazdy tak piękne, całe mnie oślepiają

Nie widzę w nich niczego złego, tak jak w Tobie

To zgubne i błędne, lecz już nic nie widzę

Płacząc nad stratą w głębokiej żałobie

 

Co jest dziś ważniejsze, majątek i gwiazdy?

Co jest dziś piękniejsze, ich blask, czy twa miłość?

Lecz jedno jest pewne, że chociaż te gwiazdy

Są pewnym gwarantem, nie jak twoja miłość