Nie zapomniałem

Przez kilka lat wmawiałem sobie, że po prostu zapomniałem. Że alkohol zrobił swoje. Że minęło zbyt dużo czasu. Że człowiek nie może pamiętać wszystkiego. Tylko że to nieprawda. Przypomniałem sobie, dlaczego pojechałem wtedy do Częstochowy. Przypomniałem sobie, w jakie miejsce poszedłem. Przypomniałem sobie, z kim się spotkałem. I przypomniałem sobie, co powiedziała mi Ewa. Nie zapiszę tego tutaj. Nie dlatego, że nie chcę. Po prostu nie wiem, czy mam prawo opowiedzieć to za nią. Mam jednak coś, czego nie miałem wtedy. Jej słowa. Jeśli naprawdę chcesz wiedzieć, co wydarzyło się tamtego dnia, zostawiłem miejsce, w którym możesz zostawić swój ślad. Może wtedy opowiem Ci resztę.


Częstochowa

Trzy dni później, po znalezieniu biletu, pojechałem do Częstochowy. Nie miałem żadnego konkretnego powodu. Tak sobie wmawiałem. Wysiadłem na dworcu i przez kilka minut stałem bez ruchu, patrząc na ludzi wychodzących z peronu. Pomyślałem, że to dziwne, jak szybko można przestać rozpoznawać miejsce, które kiedyś wydawało się nam znajome. Pamiętałem, że byliśmy tutaj razem. Nie pamiętałem, jednak kiedy. Dopiero kiedy przeszedłem kilka ulic, przypomniałem sobie kawiarnię, do której weszliśmy wtedy przed deszczem. Nadal tam była. Usiadłem przy oknie. Zamówiłem dokładnie to samo, co kiedyś. Sam nie wiem, po co. I wtedy przypomniałem sobie coś jeszcze. Ewa siedziała wtedy naprzeciwko mnie i powiedziała: „Jeżeli kiedyś wyjadę, nie będziesz wiedział, dokąd.” Roześmiałem się. Zapytałem, czy to groźba. Powiedziała, że nie. To miała być obietnica. Tylko że teraz nie jestem pewien, czy powiedziała to wtedy. Czy powiedziała to później. A może powiedziała coś zupełnie innego. Mam mętlik w głowie. Wróciłem do domu i jeszcze raz wyjąłem bilet. Na odwrocie, pod „Nie zapomnij”, znalazłem coś, czego wcześniej nie zauważyłem. Małe, praktycznie niewidoczne: „Nie szukaj mnie.” Tym razem nie rozpoznałem charakteru pisma. Rozpoznałem jedynie datę.


Bilet

Znalazłem go przypadkiem. Był wsunięty między kartki z tyłu starego zeszytu, którego nie otwierałem od lat. Bilet kolejowy. Zwykły, papierowy. Prawie całkiem wyblakły. Katowice – Częstochowa. Data się zgadza. Następny dzień. Przez kilka minut starałem się przypomnieć sobie, po co właściwie tam pojechałem. Nie potrafiłem. Nie byłem w stanie. Sprawdziłem jeszcze raz. Potem drugi. Pamiętam, że następnego dnia miałem być w domu. Pamiętam nawet, co robiłem rano. A mimo wszystko, mam w ręku bilet, który mówi coś zupełnie innego. Najgorsze jest to, że na odwrocie ktoś coś napisał. Dwa słowa. „Nie zapomnij.” To moje pismo. Tylko że nie pamiętam, żebym to napisał. I chyba już wiem, gdzie wtedy pojechałem.


Nie pamiętam

Przeczytałem to chyba z dziesięć razy, albo i więcej. Nie pamiętam, żebym, kiedykolwiek widział ten tekst. A jednak rozpoznałem po chwili jej charakter pisma. To jest najgorsze. Pamiętam tamten wieczór inaczej. Pamiętam, że rozmawialiśmy. Pamiętam wino. Pamiętam dworzec. Pamiętam, jak płakała. Pamiętam też, że próbowałem jej pomóc. Tylko że ona nie napisała, że chciała pomocy. Napisała, że chciała, żebym został. Zawsze myślałem, że to właściwie, to samo. Że nie ma w tym żadnej różnicy. Nie jest. Najdziwniejsze jest jednak coś innego. Na dole kartki znajduje się data. Dzień później. Kurwa, byłem wtedy przekonany, że następnego dnia się nie widzieliśmy. Ktoś z nas się myli. I chyba pierwszy raz naprawdę boję się, że wiem.


Jej

Nie lubię, gdy powtarza, że wszystko będzie dobrze. Zawsze mówi to wtedy, kiedy sam nie ma pojęcia, co robić. Wczoraj znowu to powiedział. Nie chciałam, żeby mnie pocieszał. Nie chciałam nawet, żeby coś mówił. Chciałam tylko, aby został jeszcze chwilę dłużej. Powiedziałam mu rzeczy, których nie powiedziałam nikomu wcześniej. Czułam lekki strach, że rano będzie zachowywał się inaczej. Nie zachowywał się. Może tylko ja czułam zmianę. Kiedy wychodziliśmy, zapytał, czy wszystko jest w porządku. Powiedziałam, że tak. Nie wiem, dlaczego zawsze tak odpowiadam, kiedy odpowiedź powinna być inna. Chciałam go wtedy zatrzymać. Nie zrobiłam tego. Jutro z nim porozmawiam. Tym razem naprawdę. Mam nadzieję, że będzie chciał mnie wysłuchać.


Dzień później

Obudził mnie koszmarny ból głowy. Przez chwilę nie miałem pojęcia, gdzie jestem. W pokoju panował chłód, a przez zasłony wpadało szare, listopadowe światło, którego tak bardzo nie lubię. Na podłodze leżała kurtka, której nie pamiętałem, żebym tam zostawił. Telefon okazał się leżeć pod łóżkiem. Kilka nieodebranych połączeń. Dwie wiadomości od Ewy. Pierwszą przeczytałem od razu. Drugą dopiero po kilku minutach. Nie pamiętam już dokładnie, co znajdowało się w pierwszej wiadomości. Druga została ze mną na dłużej. „Dziękuję, że zostałeś”. Patrzyłem w ekran przez minutę. Odpisałem: „Zawsze.” To słowo wydawało mi się wtedy zupełnie naturalne. Dziś nie jestem już pewien, dlaczego go tak właściwie użyłem. Przez długi czas uważałem tamten wieczór za jeden z tych dobrych momentów. Nie idealnych, ale dobrych. Rozmawialiśmy przecież o wszystkim. O niej. O mnie. O tym, co będzie dalej. Pamiętam, że wracając do domu, byłem przekonany, że coś się między nami wtedy zmieniło. Na lepsze. Tak przynajmniej to zapamiętałem. Kilka lat później znalazłem tę wiadomość ponownie. Nie wiem, dlaczego ją zachowałem. Przecież przez większość czasu usuwałem wszystko. Przeczytałem ją raz jeszcze. I wtedy zauważyłem coś, czego wcześniej chyba nie chciałem zauważyć. Ewa nie napisała: „Dziękuję, że mnie wysłuchałeś.” Nie napisała: „Dziękuję za wczoraj.” Nie napisała nawet: „Dziękuję, że ze mną porozmawiałeś.” Napisała: „Dziękuję, że zostałeś.” To nie jest to samo. Próbowałem sobie przypomnieć, o której wyszliśmy z dworca. Nie potrafiłem. Próbowałem przypomnieć sobie, co powiedziałem jej przed rozstaniem. Również nie potrafiłem. Pamiętam tylko, że powiedziałem: „Będzie dobrze.” I chyba to właśnie wtedy popełniłem największy błąd. Nie dlatego, że nie było dobrze. Tylko dlatego, że nie miałem prawa jej tego obiecywać. Po prostu nie mogłem. Do dziś nie wiem, dlaczego następnego dnia wszystko wyglądało tak normalnie. Ona poszła do swoich spraw. Ja do swoich. Tak, jakby poprzednia noc nie wydarzyła się naprawdę. Czasami myślę, że właśnie wtedy zaczęło się to wszystko, czego później nie potrafiłem naprawić. Nie tej nocy. Następnego dnia.


Listopad

Nie przepadam za listopadem. To może wydawać się głupie. Miesiąc, jak każdy inny. Od kilku lat jednak, kiedy zaczyna się robić wcześniej ciemno, przypominam sobie tamten wieczór. Pamiętam dworzec. Pamiętam chłód. Pamiętam butelkę wina między nami i to, jak mocno alkohol działał w naszych głowach. Pamiętam, że nasza rozmowa trwała długo. Rozmawialiśmy o rzeczach, o których wcześniej nie potrafiliśmy rozmawiać. Ewa powiedziała mi wtedy coś, czego wcześniej nie wiedziałem. Powiedziała, że zanim mnie poznała, było z nią naprawdę źle. Nie wiem, dlaczego właśnie wtedy mi o tym powiedziała. Pamiętam, że obiecałem jej, że nikomu tego nie powiem. Pamiętam również, że powiedziałem, że będę przy niej. To jest ta część, którą pamiętam najlepiej. Reszta przez lata wydawała mi się prosta. Po prostu rozmawialiśmy. Wróciliśmy do domu. Następnego dnia wszystko było normalnie. Tylko że ostatnio zacząłem się zastanawiać, dlaczego przez tyle lat pamiętałem tamten wieczór właśnie w ten sposób. Jest pewien problem. Ewa powiedziała mi wtedy coś jeszcze. I tego nie ma w żadnym z moich wcześniejszych zapisków. Nie dlatego, że zapomniałem. Po prostu nie chciałem tego zapisać.


Nie wysłałem

Nie mam pojęcia, dlaczego to piszę. Wydaje mi się, że łatwiej mi napisać coś, czego nie będziesz mogła przeczytać. Chciałem Ci powiedzieć, że wtedy się po prostu bałem. Nie Ciebie. Tylko tego, że jeśli przyznam, że nie wiem, co robić, będę musiał w końcu coś zrobić. Więc po prostu udawałem, że wiem. Wielokrotnie powtarzałem, że będzie dobrze. Mówiłem, że sobie jakoś poradzimy. Mówiłem rzeczy, które powinienem powiedzieć tylko wtedy, gdy naprawdę zamierzałem coś z nimi zrobić. [...] Pamiętasz, gdy pytałaś kiedyś, dlaczego zawsze próbuję wszystko naprawiać? Odpowiedziałem, że taki już jestem. To nie była prawda. Po prostu nie byłem w stanie patrzeć na rzeczy, których nie potrafiłem naprawić. Czuję, że najbardziej żałuję tego, że się pomyliłem. Nie rozróżniałem pomagania od decydowania za Ciebie.


Obietnica

Ewa miała coś, o co prosiła mnie więcej niż raz. Prosiła, żebym nie obiecywał jej tego, czego nie zrobię. Pamiętam, że za pierwszym razem się roześmiałem. Wytłumaczyłem, że przecież nie jestem idiotą. Nie chodziło nawet o jakieś wielkie rzeczy. Ewa potrafiła przywiązywać znaczenie do najprostszych słów. „Przyjedziesz?” „Tak.” „Na pewno?” „Na pewno.” I wystarczało. Czasami nie przyjeżdżałem. Nie dlatego, że nie chciałem. W tych momentach zdarzało się coś, co wydało mi się wtedy ważniejsze. Odpisałem, że będę. Nie pojechałem. Następnego dnia nie miała do mnie żadnych pretensji. To było chyba gorsze. Powiedziała tylko: „Już nie musisz obiecywać.” Pomyślałem wtedy, że jest zwyczajnie zła.
Dzisiaj mam wrażenie, że była zmęczona. I chyba właśnie wtedy pierwszy raz złamałem coś, czego później nie potrafiłem już naprawić. Nie pamiętam, czy wtedy przeprosiłem. Pamiętam za to, że kilka dni później znowu jej coś obiecałem. Nie zostawię cię z tym samej. Tym razem naprawdę chciałem dotrzymać słowa. To chyba właśnie dlatego tak bardzo boli mnie fakt, że nie dotrzymałem.


Nie chciała

Miałem przez długi czas wrażenie, że wiem, czego chce. To chyba jeden z tych błędów, których człowiek nie zauważa od razu, a czasem nie zauważa nigdy. Ewa często opowiadała mi o swoich planach. O wyjeździe. O morzu. O tym, że chciałaby kiedyś zrobić coś tylko dla siebie. Ja zawsze próbowałem znaleźć w tym jakiś plan. „To kiedy jedziemy?” „A gdzie?” „Na jak długo?” Czasami zdarzało się jej zdenerwować. Nie rozumiałem wtedy dlaczego. Dopiero później powiedziała mi, że nie wszystko musi być wspólnym planem. Pamiętam, że odpowiedziałem jej wtedy coś głupiego. Chyba powiedziałem, że przecież chcę jej pomóc. Spojrzała wtedy na mnie i powiedziała: „Właśnie tego nie chcę.” Nie zapytałem, co miała na myśli. To chyba jeden z tych momentów, które po latach człowiek odtwarza sobie w głowie i zastanawia się, czy gdyby wtedy zadał jedno pytanie więcej, wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie wiem. Chyba nigdy się nie dowiem.


Osiem minut

Ewa zawsze się spóźniała. Nie było to coś uciążliwego. Pięć, czasem dziesięć minut. Zawsze miała jednak na to jakieś wytłumaczenie. Jak dobrze pamiętam, raz czekałem na nią ponad pół godziny. Było dość zimno, więc schowałem się w kawiarni obok. Kiedy w końcu przyszła, nawet się nie zdenerwowałem. Powiedziała tylko, że zgubiła rękawiczkę. Miała ją w kieszeni. Do dzisiaj pamiętam jej minę, kiedy jej o tym powiedziałem. Najpierw patrzyła na mnie, potem na swoją rękę, a później zaczęła się śmiać. Kupiłem jej wtedy herbatę. Zawsze piła ją bardzo powoli. Twierdziła, że gorące rzeczy trzeba szanować. Nie wiem, skąd brała takie teksty. Czasami zastanawiam się, czy pamiętam te wszystkie drobiazgi dlatego, że były ważne. Czy może dlatego, że później zabrakło mi czegoś, co mógłbym pamiętać. Osiem minut. Tyle miała się spóźnić tamtego dnia. Spóźniła się trzydzieści.


Morze

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz wspomniała o morzu. Z tego co pamiętam, to pojechaliśmy wtedy autobusem gdzieś za miasto. Nic specjalnego. Tego dnia mocno padało. Przez większość drogi narzekała, że jest jej zimno. Pamiętam, że miała na sobie ten sam szary sweter, który później zostawiła u mnie w domu. W pewnym momencie powiedziała, że chciałaby kiedyś zobaczyć morze zimą. Zapytałem, dlaczego akurat zimą. Wzruszyła wtedy ramionami. „Bo wtedy jest tam pusto.” Śmiałem się z niej. Odpowiedziałem, że nad morzem zimą musi być cholernie zimno i że wytrzyma może godzinę. Powiedziała, że się przekonamy. Nigdy tam nie pojechaliśmy. Przez długi czas wydawało mi się, że to nic takiego. Jedno z tych głupich zdań, które mówi się komuś bez zastanowienia i zapomina kilka chwil później. Dziś już wiem, że takich zdań pojawiało się zdecydowanie za dużo. Nie wiem tylko, dlaczego akurat to.